Ulica Pokątna
,,Może samego tego się bałem,
że się boję.''
Młoda dziewczyna o prostych, niemal czarnych włosach i szarych oczach właśnie próbowała wstać.
Jej niewygodne łóżko tego ranka wydawało się wyjątkowo ciepłe, miłe i kuszące. Zerknęła na zegarek, po czym wyraziła swoje emocje w cichym przekleństwie. Czasomierz wskazywał godzinę siódmą czterdzieści, a jej zostało już tylko dwadzieścia minut do spotkania. Przejechała otwartą dłonią po twarzy i wstała, zrzucając kołdrę na podłogę. Doczołgała się do prawie pustej szafy, by wyjąć z niej jeansy i czarną bluzkę. Szybko włożyła owe odzienie, wcześniej biorąc ekspresowy prysznic. Chwyciła swoją torbę, rozczesała włosy, a na nogi włożyła znoszone trampki.
Wybiegła z sierocińca, nie zjadłszy śniadania, ku rozzłoszczeniu pani Cole, która wiedziała, gdzie jej wychowanka się tak śpieszy.
- Dziękuję, nie jestem głodna! - krzyknęła Trillian.
Opiekunka tylko wzruszyła ramionami: kto zrozumie dzisiejszą młodzież? Nie zagłębiając się już myślami w tą sprawę, poszła zganić jakieś nieposłuszne dziecko.
Pogoda sprzyjała, ostatnie sierpniowe dni wakacji najwyraźniej chciały, by zapamiętano je jak najlepiej. Albus Dumbledore czekał przy umówionej wierzbie. Przywitał ciemnowłosą ciepłym uśmiechem na ustach.
- Nadal bardzo się cieszę, że w końcu udało mi się ciebie namówić.
- A ja w dalszym ciągu w to nie wierzę - mruknęła dziewczyna, przewracając oczami. - Mam ochotę się rozmyślić.
- Już nie możesz - poinformował ją irytująco pogodny czarodziej.
Westchnęła głęboko, wyrażając tym swój cały żal do świata.
- Złap mnie za rękę.
- Będziemy się teleportować?
- Otóż to - przytaknął czarodziej.
Mimo wszystko, dziewczyna go posłuchała i jakby rozpłynęli się w powietrzu. Wcześniej sprawdzili, czy wokół nich rzeczywiście nie ma żywej duszy. Po chwili przenieśli się do jakiegoś zaułku. Albus dostrzegł, że jego towarzyszka jest bardziej blada niż zwykle.
- Jak się czujesz?
- Doskonale - burknęła, jednak jego nie odepchnął jej nieprzyjazny ton. Znał ją już prawie pięć lat, w ciągu których odkrył, że mimo tej skorupy, w którą się sama niesłusznie uzbroiła, jest wrażliwą dziewczyną, która po prostu wiele cierpiała w swoim życiu. Pamiętał jej zdziwienie tym, że jest czarodziejką, zafascynowanie magią i jakim była pojętnym uczniem. Chłonęła wiedzę jak gąbka, z czystej ciekawości i tego, że to ją trochę odrywało od szarej rzeczywistości. Wprawdzie wiele razy mówił jej, że może pójść do Hogwartu, ale ona nigdy się na to nie zgodziła. Nawet on nie mógł nic na to poradzić. Aż do tej pory...
Harry Potter, zwany również Złotym Chłopcem, choć po ostatnich wydarzeniach sprzed wakacji i artykułach Rity Skeeter teraz mało kto go tak nazywał, przechadzał się po Ulicy Pokątnej. Jego znużenie sięgało granic, gdy czekał na Hermionę, która kupowała sobie przybory do szkoły i pouczała Rona, że nie warto kupować łajnobomb, gdy się zostało prefektem.
Harry miał już dość tych sprzeczek.
- Wracamy, czy nie? - spytał rozzłoszczony.
- Jeśli chcesz, Harry... - Hermiona tęsknie omiotła wzrokiem półki z nieznanymi jej jeszcze książkami, pozwalając sobie na chwilę melancholii, po czym stanowczo trzepnęła Rona w ramię i zarządziła: - Idziemy do Dumble...
- Ćśśś! - syknął Ron. Hermiona posłusznie zamilkła i powlokła się za przyjaciółmi.
Harry, cały zamyślony, poczuł, że wpada na kogoś, kto stał do niego tyłem. Okazało się, że to dziewczyna.
- Przepraszam, mój kolega jest taki trochę... gapowaty - powiedział Ron, patrząc na otrzepującą się z kurzu brunetkę jak zaczarowany.
- Nic się nie stało - usłyszeli jej głos, a po chwili jej nie było. Zdążyła jeszcze spojrzeć Harry'emu w oczy.
- Ronald, ty kretynie! - oburzyła się Hermiona.
- Widziałeś to, co ja? - Harry podrapał się po głowie.
- Niezła - wyszczerzył się Ron ku niezadowoleniu panny Wiem-To-Wszystko-Granger.
- Nie o to mi chodzi! - zaprzeczył Harry i poddał się swoim dalszym rozmyślaniom.
Ulica Pokątna była ucieleśnieniem marzeń każdego dziecka - i tego urodzonego w mugolskiej rodzinie i tego w czarodziejskiej. Można tu było znaleźć wszystko, czego dusza zapragnie. Kiedy wchodziło się tu pierwszy raz, nie można było pojąć, że coś tak fantastycznego istnieje. Tak właśnie czuła się Trillian Lilith Black, która tam kroczyła. Zachwycona obserwowała apteki z dziwnymi miksturami, sklep zoologiczny z sowami, wystawę sklepu miotlarskiego, do której nigdy nie można się było dopchać, bo wiecznie stały przy niej wniebowzięte maluchy. Nie miała pojęcia, że coś takiego istnieje, ba, nie chciała tego wiedzieć i odmawiała dyrektorowi Hogwartu wstąpienia do jego szkoły i czarodziejskiego świata. Czy żałowała? Może trochę, ale wiedziała, że im dłużej się na coś poczeka, tym słodsza będzie nagroda.
Wątpiła, czy sakiewka pełna galeonów, którą miała w magicznie powiększonej przez Dumbledore'a torbie była rzeczywiście jej, jak to mówił Albus, ale nie narzekała. Zerknęła na listę, którą dał jej staruszek i uznała, że teraz pójdzie po różdżkę. Sklep Ollivandera nie wyróżniał się specjalnie, ale dziewczyna bez trudu go odszukała. Gdy weszła do środka, zadzwonił dzwonek przy drzwiach. Miała wrażenie, że ktoś tu jest, że ktoś się ukrywa za całymi stosami wąskich pudełek, które ciągnęły się aż do sufitu.
- Dzień dobry.
Ujrzała sprzedawcę, który okazał się być całkiem miłym starszym panem.
- Kupuje pani różdżkę, tak?
Przytaknęła szybko, chcąc ją już dostać.
- Więc proszę za mną!
Kolejny raz westchnęła i dosłownie poddała się wirowi zakupów. Wydawało się, że godzinę spędzili na szukaniu odpowiedniej różdżki dla niej. Trillian padała z nóg, ale właściciel sklepu najwyraźniej lubił się trochę pomęczyć. Wreszcie wyjął z kąta bardzo zniszczone, zakurzone pudełko i wyjął z niej różdżkę, która od razu przypadła jej do gustu.
- Dwanaście cali, rdzeń z włosa ogona testrala, z drzewa wiśniowego - powiedział machinalnie. - No, śmiało. - Ollivander podał jej różdżkę, odsłaniając w uśmiechu zęby.
Poczuła, że to właśnie ta właściwa różdżka, jeszcze zanim nią machnęła i poleciały złote iskry. Czarodziej zaklaskał niczym dziecko po występie cyrku. Zmieszana zapłaciła, podziękowała i wyszła.
Kolejne sklepy nie były już takie męczące, bardziej ciekawe, a im dłużej tam przebywała, tym bardziej wciągał i intrygował ją ten świat. Już nie żałowała, że nie udało się jej namówić Dumbledore'a, by kupił jej wszystko. Sama czerpała teraz z tego radość, gdy skreślała coraz to nową rzecz na swojej liście.
- Suknia... balowa? - spytała zniesmaczona samą siebie, kierując się do lokalu Madame Malkin "Szaty na wszystkie okazje", gdzie nabyła również szaty Hogwartu. Dużo łatwiej, niż suknię udało się jej kupić uroczą, młodą, czarną sowę. Targała teraz klatkę, ale nie była ona wielka.
Trillian usiadła przy jednym ze stolików koło lodziarni. Był upał, ona padała ze zmęczenia, więc kupiła sobie wielkie lody. Zazwyczaj nie dostawali lodów w sierocińcu, a jeśli już, to nie tak dobre jak te. Na zegarze w lodziarni widniała godzina trzynasta trzydzieści. Niechętnie wstała i zaczęła iść tam skąd przyszła, gdzie umówiła się z dyrektorem Hogwartu. Była na miejscu, ale jego jeszcze nie było. Zrezygnowana zaczęła się gapić na ściany zaułku, w którym się rozdzielili. Podeszła do jakichś starych ogłoszeń, których nie zauważała nawet na ulicy, będąc nią zbyt oczarowana i ujrzała magiczne fotografie z podpisami "Szukani", "Oskarżeni". Większość osób szamotało się na zdjęciach, patrzyło na nią wyzywająco, z błyskiem szaleństwa w oczach, niektórzy mieli zdewastowaną twarz, ale jedna bardziej przykuła jej uwagę. Była to osoba niebywale podobna do niej, osoba która patrzyła bez poczucia winy i z wyższością. Trillian przeczytała powoli podpis.
- Syriusz Black.
*
Hej, kochani.
Po pierwsze dziękuję za komentarze pod ostatnim postem i za trzech obserwatorów!
To mnie zmotywowało do stworzenia tego jakże głupiego rozdziału.
Jednak stwierdzam, że początki nie zawsze są udane, zwykle trudne i mam nadzieję, że mi się powiedzie.
Wydaje mi się, że rozdział jest taki trochę dziwny i mi nie wyszedł...
To pewnie dlatego, że miałam wczoraj gorączkę (wtedy go pisałam) i jestem chora.
Pozdrawiam, Luniaczek.
Bardzo fajny rozdział :) Zapowiada się ciekawa historia :)
OdpowiedzUsuńMiło mi :)
UsuńZainteresował mnie twój blog. Nie mogę się doczekać co będzie dalej :)
OdpowiedzUsuńCieszę się, rozdział II będzie za tydzień. Tylko czemu anonim? :(
UsuńHarrał, nie dramatyzuj, teleportacja jest spoko XDD
OdpowiedzUsuńJak ja lubię Olivandeeeera :)))
Zawsze takie fajne emocje u mnie wzbudza.
Zwłaszcza tym "No,śmiało!" :D
MACHNIJ SOBIE :D!
Pozdrawiam!
Dziękuję za komentarz, choć do końca nie wiem, czy on jest pozytywny (w sensie: czy ci się podoba) no... ale i tak dzięki :)
OdpowiedzUsuńwreszcie dodałaś, choć za szybko na ciebie O_o
OdpowiedzUsuńFajny rozdział! Krótki ubolewam. Pisz szybko nn, bo już czeeekam... :33
Ron podrywaczu stary! Jeszcze kolegę wkopac, nieładnie...
Kolejny ma być dłuższy. Koniec.
B. :*
Nie za szybko skomentowałaś, jak na ciebie? ;_;
UsuńPff, pisany w gorączce, dumna jestem ^^
Bo wiesz co się dzieje, gdy Luniaczek ma gorączkę........
;*
Rozdział mi się bardzo podoba. Zastanawiam się kto jest jej matką...
OdpowiedzUsuńDlaczego nie dała się wcześniej namówić na Hogwart?
Szkoda że rozdział taki krótki :( Mam nadzieję że nie zeswatasz Trillian z Harrym.
Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział
Cieszę się :):)
UsuńKwestia matki... jeszcze nie teraz. Bo była zbyt zła na ludzi, miała taki kaprys itp. (ahh, nastolatki). TRILLIAN + HARRY Boże myślałam, że to tylko moje koleżanki mają taką wyobraźnię :( Nie ;D
Pozdrawiam. :D
Zapowiada się że będzie ciekawie, więc chętnie będę tu wracać, można powiedzieć że sobie tak łatwo nie odpuszczę i mam nadzieję że wena będzie się Ciebie trzymała :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.
Nawet nie wiecie, ile dla mnie znaczy taki krótki komentarz... :) Dziękuję.
UsuńŚwietny rozdział, historia zapowiada się naprawdę ciekawie!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :*
Zapowiada się cudowny blog! Rozdział pochłonęłam tak szybko, że ani się zorientowałam, a już czytałam ostatnie zdanie :) Nie umiem pisać długich komentarzy pod pierwszymi notkami, ale dodaję Cię do ulubionych! :D
OdpowiedzUsuńPo pierwsze wybacz że tak późno, ale mam nawał zajęć, niestety lekcje same się nie odrobią :cc
OdpowiedzUsuńŚwietny rozdział, trochę się ubawiłam jak czytałam ;> są błędy, ale jestem na telefonie i niestety Ci nie pomogę ich odnaleźć :c
W każdym razie umiesz zaciekawić już samym początkiem i mogę życzyć Ci tylko "oby tak dalej" bo dobrze sobie radzisz z pisaniem ^w^
Pozdrawiam i mam nadzieję że jak najszybciej dodasz kolejny rozdział! :3
Świetny rozdział. Zapowiada się tu całkiem ciekawa historia. Jestem ciekawa, czy Trillian wie, kto jest jej ojcem. No i kim jest jej matka? Nie mogę się już doczekać następnego rozdziału. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńHarry ty bezmózgu...Nie zachodzi się kobiety od tyłu!!!
OdpowiedzUsuńRonald, ty ułomie.
Trilian poznała tatę!!!! Jak słodko ;-;
Tak zakupy na Pokątnej są baaaaaardzo niebezpieczne.
Hej ;)
OdpowiedzUsuńTrilian O Jezu urzekło mnie to imię, jest śliczne. Skąd je wzięłaś, wymyśliłaś? Bo jest cudowne.
A rozdział bardzo ciekawy i utwierdza mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiłam wchodząc i czytając twój blog ;D
Pozdrawiam i życzę weny.
To dopiero pierwszy rozdział a już mnie twój blog pochłonął. Zapowiada się naprawdę ciekawie. Nie wiem co zrobię, gdy będę musiała czekać na Twoje rozdziały. Chyba umrę z ciekawości
OdpowiedzUsuńWeny
[http://new-generation-hogwart.blogspot.com/]
Czytam dopiero dzisiaj, wybacz! Ogólnie masz ładny styl pisania, nawet jeżeli są tu jakieś błędy to ja ich nie zauważyłam. Opisy są ciekawe, nie za długie, ale też nie za krótkie. Całość może przypaść mi do gustu, lecę dalej! ^^
OdpowiedzUsuńNa twój blog trafiłam przypadkiem, zobaczyłam link na jakimś innym blogu o tematyce potterowskiej i kliknęłam. Nie żałuje, mimo że to dopiero początek. A wiec teraz, o pierwszej w nocy kiedy nie mogę zasnąć będę czytała twojego bloga.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i biorę sie za czytanie reszty rozdziałów!